O autorze
Weronika Banaś – studentka polibudy, żona, a przede wszystkim szczęśliwa i spełniona mama kilkumiesięcznej córki. Blogerka z potrzeby i zamiłowania. Uzależniona od tworzenia, dusza głęboko artystyczna. Lubi sprawiać radość bliskim, choć często nienawidzi ludzi. Autorka bloga www.mamimamiblog.pl. Wkrótce inżynier od zadań specjalnych. Szyje, śpiewa, tworzy, wychowuje.
Na blogu pisze głównie egoistycznie, choć zazwyczaj przez pryzmat macierzyństwa.

Nie chcę tu być, ucieknę!

Był taki moment. Mieszkałam w miejscu, którego nie lubiłam, wśród ludzi których nie akceptowałam, robiąc to, co nie przynosiło mi satysfakcji. Spakowałam się, powiedziałam sobie "pieprzę to". Wróciłam do domu, by się przepakować, wyruszyć dalej i zacząć nowe życie...


Miałam wtedy dziewiętnaście lat. Byłam gdzie indziej, z kim innym. Wybrałam źle, złe miasto i niekoniecznie fajnych ludzi. Co dzień rano wstawałam bo musiałam. Gnałam na uczelnię, by brać udział w tym cyrku jaki mnie otaczał. Wychodząc z domu dostawałam depresji - czułam obrzydzenie do tego miejsca...

Nie mogłam znaleźć celu, nie potrafiłam realizować własnych marzeń. Chciałam to wszystko zmienić jednocześnie bojąc się jakiegokolwiek kroku naprzód. Pozornie było to spełnienie moich planów, a faktycznie? Dno, pułapka, sytuacja bez wyjścia. Ale tylko teoretycznie. W praktyce? Przyjechałam do domu, przepłakałam jedną noc. Rano oświadczyłam, że chociażby uznano to za moją osobistą porażkę - więcej tam nie wrócę...

W głowie miałam tylko jedne myśli - najczarniejsze. "Straciłaś rok! Rodzice zainwestowali tyle pieniędzy, a ty nie dość że to zmarnowałaś, to ich zawiodłaś!". Następne 30 dni były jeszcze bardziej koszmarne, niż całe te trzy miesiące w tamtym wciąż obcym mi miejscu. Ale czemu, przecież byłam w domu? Obłąkana wciąż wracającymi wyrzutami sumienia wreszcie znalazłam w sobie siłę by zrobić kolejny krok. Pojawiła się iskierka nadziei. I znów - porywczo jak zawsze - spakowałam plecak, wsiadłam w pociąg, wyjechałam do stolicy. Na ponad pół roku. Po co? By odnaleźć siebie...


To był świetny czas. Praca, praca, a w weekend piwo, znajomi, delikatne imprezy. Lubiłam to. Nie dlatego że mogłam bezgranicznie się bawić, a dlatego że miałam przy sobie kogoś, kto pozwalał mi na wszystko i jednocześnie był za mnie w jakiś sposób odpowiedzialny; nienachalnie. Kumpel z dzieciństwa, dobra dusza. Dzięki niemu tęsknota za domem nie była aż tak silna. A ja nie czułam się zagubiona w tej "wielkiej" Warszawie.

Zmiana środowiska pozwoliła mi odetchnąć i nabrać do wszystkiego dystansu. Praca umożliwiła mi zadeklarowaną spłatę moralnego długu u rodziców i dała poczucie usamodzielnienia. Nabrałam doświadczenia, rozpaliłam w sobie miłość do dzieci i miałam tylko jedno marzenie... Nabrałam pewności siebie. Godziny spędzone nad kartką papieru uświadomiły mi, że architektura to nie jest moja życiowa droga. Jednocześnie wewnętrzny głos kierował mnie na polibudę. I tak zostało. Złożyłam papiery, dostałam się. O Boże, przecież kompletnie nie umiem matmy...

Październik się rozpoczął, rok akademicki rozkręcał się na dobre. Przejęta spędzającą mi sen z powiek matmą, pierwszy semestr spędziłam nad książkami. Styczeń. Przełom. Znów zaczęłam wszystko od nowa... Wtedy tak naprawdę, zaczęłam swoje drugie, lepsze życie.

10 miesięcy później moje Marzenie się spełniło, a po kolejnych 9 miesiącach oczekiwania mogłam Je wziąć na ręce i mocno do siebie przytulić ;-)
Trwa ładowanie komentarzy...